Bloog Wirtualna Polska
Są 1 269 782 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1999118
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2808 dni

Peru po polskiej tragedii: smutek i solidarność

niedziela, 11 kwietnia 2010 7:32


Flagi narodowe opuszczone do połowy masztu i wyrazy solidarności z Polakami - tak wyglądało Peru w dniu katastrofy lotniczej, w której zginął  prezydent Lech Kaczyński i 95 innych osób.


O wypadku wszystkie peruwiańskie media informowały w pierwszej kolejności. I poza drobnymi błędami w nazwiskach ofiar wiernie przedstawiły wydarzenia koło Smoleńska. Wszyscy je znamy, więc skupmy się na komentarzach po tragedii.


Najpierw trzeba jednak wrócić do 2008 roku i wizyty Donalda Tuska w Peru. Pamiętacie ją? Pamiętacie rechot, który przetoczył się przez Polskę, gdy nasz premier otrzymał Order Słońca z rąk prezydenta Alana Garcii? Ja pamiętam, bo przebywając wtedy wśród Peruwiańczyków, spuściłem głowę nie wiedząc co im powiedzieć. Niemal spaliłem się ze wstydu.


Order Słońca jest najwyższym odznaczeniem cywilnym i wojskowym za zasługi na rzecz Peru i najstarszym wyróżnieniem w całej Ameryce Południowej. Czymże ten Tusk tak się zasłużył? On sam niczym. Medal nie był dla niego, tylko dla narodu polskiego, któremu Peru zawdzięcza bardzo wiele. Do dziś pamiętam słowa prezydenta Garcii, który wręczając D. Tuskowi Order Słońca wielokrotnie dziękował nam, Polakom, za wkład w budowę Peru i zapewniał o głębokim szacunku, który ten kraj żywi do naszego.


Pamiętacie to? Nie pamiętacie, bo pamiętać nie możecie. Polskie media po prostu o tym nie poinformowały lub poinformowały zdawkowo. Jakby chodziło o konkurs na najładniejszą babę w piaskownicy.


Polskie reakcje na uhonorowanie naszego kraju były i do tej pory są w Peru niezrozumiałe. Konsternacja to chyba najlepsze słowo, które tu pasuje. Oni chcieli podziękować nam najlepiej jak potrafili. Za Ernesta Malinowskiego, za Edwarda Habicha i wielu innych naszych rodaków  z przeszłości i teraźniejszości, w tym archeologów, którzy odkrywają peruwiańską historię. A my zrobiliśmy z tego jaja.



Biało-czerwone barwy w Muzeum Narodowym w Limie.


Mimo to, po tragedii, w której zginął prezydent Kaczyński i 95 innych osób, szacunek Peruwiańczyków do Polaków nie osłabł. Wręcz przeciwnie. Portale internetowe pełne są komentarzy, które przypominają księgę kondolencyjną. Internauci nie tylko wyrażają swój żal i smutek po tym, co stało się pod Smoleńskiem, ale także wykazują się niesamowitą wiedzą o współczesnej historii Polski. Znają też takie detale, jak historia wcześniejszych problemów technicznych prezydenckiego samolotu.


Peru było i jest z Polską - to puenta, która od razu przychodzi do głowy po lekturze tego, co Peruwiańczycy o nas wyrażają. Natomiast nastroje po śmierci pasażerów i załogi Tupolewa najlepiej oddaje komentarz zamieszczony w El Comercio: Niech Bóg weźmie ich do swojej chwały. Jutro na mszy nie zapomnijcie pomodlić się za naszych stu braci Polaków.



To my jesteśmy okrutni, nie śmierć


W śmierci, która doścignęła prezydencki samolot i strąciła go na ziemię, nie ma niczego okrutnego. To my jesteśmy okrutni. A najbardziej okrutni jesteśmy dla samych siebie.


Mamy wpojone do głów, że tylko dwie rzeczy na tym świecie są pewne. Podatki i śmierć. To połączenie nas rozprasza, bo pozwala przypuszczać, że jeśli udaje się zrobić w konia urząd skarbowy, to dlaczego nie można oszukać jego towarzyszki z pary? Tymczasem tylko jedna rzecz jest na tym świecie pewna. Śmierć. Nie chcemy tego wiedzieć. Nie chcemy dopuścić tego do siebie. Dlatego szukamy sensu w tym, jak i dlaczego umierają inni.


A tego sensu nie ma. Umiera się ze starości, z choroby, przez chwilę nieuwagi, we mgle, na deszczu, w blasku słońca, z powodu czyjegoś błędu, bo śrubka się odkręciła. Nie ma w tym żadnego sensu. Jest normalność. Nie ma w życiu niczego bardziej logicznego i normalnego od śmierci. Bo gdyby było inaczej, do tej pory płakalibyśmy nad losem Haitańczyków, którzy zginęli w trzęsieniu ziemi. Gdyby śmierć była czymś nienormalnym, cierpielibyśmy z żalu za milionami, którzy umarli, umierają i umierać będą we współczesnych wojnach. A co tydzień mielibyśmy żałobę narodową ku czci ofiar wypadków drogowych.


Teraz płaczemy nad prezydentem i tymi, którzy weszli z nim do samolotu. Niepotrzebnie.


Zmarłym nie są potrzebne łzy. Bo mają już lepiej od nas. A jeśli nie mają, to mają przynajmniej święty spokój.


Ślemy kondolencje i słowa żalu. Niepotrzebnie.


Ten, kto doświadczył nagłej i niespodziewanej śmierci bliskiej osoby wie, że ze zmarłym odchodzi się z tego świata. Na jakiś czas. Uporządkować swoje sprawy i wrócić odmieniony. Żadne kondolencje i słowa żalu nie są w tym do niczego potrzebne. Nawet się ich nie słyszy.


Mamy więc milczeć? Nie. Mamy się modlić. Ci, którzy wierzą w Boga, powinni się modlić. A niewierzący powinni użyć tej siły, równie pięknej, która jest w nich i trzyma ich przy życiu na tym świecie. Wszyscy chętni powinni odejść od telewizorów, radia, komputerów i pójść nad rzekę, by mocząc w niej ręce poczuć energię, która przychodzi i odchodzi. Powinni wyjść na pole i posłuchać wiatru, który o tym opowiada. Powinni też pójść do lasu i objąć drzewo, by móc przy nim zapłakać. Nad ludźmi, którzy odeszli. Nie nad nazwiskami, które nosili i funkcjami, które piastowali.


Ale przede wszystkim powinniśmy zapłakać nad sobą. Nad więźniami zamku rozrywki, którymi się staliśmy. Niedawno śmialiśmy się z prezydenta. Wstydziliśmy się go przed światem. Ocenialiśmy go nie za to, co robił, ale za to, jakim był człowiekiem. Pozwoliliśmy na to. A stało się tak, bo na tym zamku bez uczuć straszy. Straszy nas własna śmierć.


Śmierci nie trzeba się bać. Trzeba ją zaakceptować. Nawet z uśmiechem. Bo śmierć jest jak proszek do prania ze starej reklamy: skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?


Czy będziemy się bać, czy nie, i tak w końcu każdy z nas umrze. Po co więc przepłacać? Prawdziwym życiem i wolnością, którą nam ten strach odbiera?


Ci, którzy zginęli w katastrofie, przeszli już do historii. Bierzmy z niej wszystko. Wspominajmy to, co zrobili dobrego i uczmy się na błędach, które popełnili. A potem zamknijmy te trumny i zacznijmy żyć inaczej.


Czy jest na to szansa? Czy śmierć tych osób coś zmieni? Wątpię. Bez pokonania strachu przed własną śmiercią emocje, które są w nas teraz, znikną wkrótce jak kamfora. A jedyne, co ulegnie zmianie, to samolot następnego prezydenta.
Podziel się
oceń
0
0