Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 783 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1954046
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2692 dni

Przyjedź do Peru. Ja tu jestem

poniedziałek, 31 stycznia 2011 4:26

 

Są mi znane trzy sposoby na zwiedzanie Peru. Dwa pierwsze to wyjazd z biurem podróży i podróż na własną rękę. Trzecim sposobem jest poznanie kraju Inków ze mną.

 

W dzisiejszym świecie istnienie biur podróży jest bardzo pożyteczne. Dla tych, którzy nie mają czasu zorganizować sobie wyjazdu samemu lub też brakuje im odwagi. To całkowicie normalne. Nie każdy jest przecież Wojciechem Cejrowskim, który rzuca w kąt buty, sprzedaje lodówkę i rusza świat. Poza tym niektórym ludziom wycieczka z biurem podróży należy się. Jak psu buda. Za ciężką pracę i wyrzeczenia, za które raz na jakiś czas powinno się poczuć odrobinę luksusu.

 


Dokładnie takie jest moje zdanie o wycieczkach do Peru z biurem podróży. Ci, którzy chcą z nich korzystać, powinni to robić. Tak długo, jak długo będzie to sprawiać im przyjemność. Świat, w którym żyjemy, jest tak skonstruowany, że przyjemność kosztuje, więc jeśli dodatkowo są na to pieniądze, nic, tylko wybrać najlepszą ofertę, zapłacić, nie martwić się niczym i przyjeżdżać.

 

 Wycieczki z biurem podróży, nie tylko do kraju Inków, mają jednak to do siebie, że nie można podczas nich robić tego, co się chce. Za wyjątkiem tzw. czasu wolnego niemal wszystko podciągnięte jest pod pewien program i  określony standard. I tu rodzi się konflikt.


Świat, w którym żyjemy, składa się z sześciu miliardów ludzi. Wszyscy są do siebie podobni, ale każdy jest inny. Nie ma drugiej takiej osoby, jak Ty, Czytelniku. Nie ma drugiej takiej osoby, jak ja, blogerze. Każdy myśli inaczej, każdy czuje inaczej, każdy odbiera świat inaczej. Wycieczka z biurem podróży nie pozwala tej inności zaprezentować się. Nie daje jej szans, by mogła się wykazać i powiedzieć właścicielowi: - Zobacz, jaki jesteś inny. Zobacz jak inny jest świat tworzony innością, którą jesteś.

 

 Tego wszystkiego na wycieczce z biurem podróży nie ma. Jest dużo innych rzeczy, świeżą pościel w hotelu i darmowe drinki wliczając, ale tego akurat nie ma. Przez to zwiedzanie innych krajów, zwłaszcza tych egzotycznych, jest bardzo przyjemne, ale jak się nad tym dobrze zastanowić, jest oglądaniem świata przez szybę. Przez szybę, którą zorganizował organizator wycieczki.


Część ludzi tak nie chce. Dlatego kupuje przewodniki, mapy i po przygotowaniu podróży w teorii rusza sprawdzić wszystko w praktyce.

 

To niezwykłe doświadczenie. Z co najmniej trzech powodów.


Podróż na własną rękę jest zazwyczaj tańsza od tej, którą organizują biura podróży.

 

Po drugie daje możliwość robienia tego, co się chce. A właściwie – by być dokładnym – daje możliwość robienia tego, co się chce i o czym mówią przewodniki turystyczne.


W przypadku Peru otwiera to wielkie możliwości. Choćby tą, że jak nie chce się jechać do Machu Picchu, choć wydaje się to nieprawdopodobne, bo przecież wszyscy tam jeżdżą, można pojechać na przykład do Churin, do którego nie jeździ prawie nikt. Na taką zmianę Inkowie nie obrażą się. A może nawet uśmiechną się widząc jak ktoś chadza własnymi ścieżkami.

 

 Trzecim plusem wycieczki na własną rękę jest jej nieprzewidywalność. Nieprzewidywalność wycieczki ma się rozumieć, a nie ręki, bo ona, a właściwie one, bo chodzi o dwie, w chwili kompletnego zaskoczenia zachowują się jak najbardziej przewidywalnie.

 

Mogą zacząć się trząść. Niekoniecznie ze strachu.

 

Ręce podróżującego samemu turyście mogą trząść się z wielu innych powodów. Na przykład wtedy, gdy nie jest w stanie porozumieć się w lokalnym języku, choć sytuacja tego wymaga. Bezwzględnie wymaga, o czym świadczyć może obecność policjanta.


I nawet gdy znajdzie się z nim wspólny język, rozwiązanie problemu bywa pozorne. Z braku znajomości realiów, które ten problem stworzyły.

 

W Peru nieprzewidywalność podróżowania na własną rękę z czysto turystycznego punktu widzenia jest mocnym punktem wycieczki. Ale otwiera także drogę do wielu niebezpieczeństw, o których turysta nie tylko nie czytał w przewodnikach, ale także o których mu się nie śniło.


Każdy śni swój sen. W moim śnie jestem Polakiem, który na Polaków przybywających do Peru czeka. Po prostu czeka.


Moją rolą jest tu być i każdemu, kto tego chce, to Peru pokazać. Nie chodzi o to, żebym po kraju Inków jeździł jak cień, choć jeśli ktoś ma taką ochotę, a ja znajdę na to czas, całkiem możliwe, że ruszymy razem. To też wchodzi w rachubę. Ale najważniejsze jest coś innego.

 

 Jestem tu po to, by każdy, kto tego chce i potrzebuje, przeze mnie, poprzez moją wiedzę i doświadczenie, znalazł własne ścieżki po kraju niezwykle pięknym.

 

I niebezpiecznym zarazem.


Mogę czekać na lotnisku w Limie. Mogę ją pokazać. Jej zakamarki, na które niemal nikt nie zwraca uwagi. To w nich, w tych szczegółach, są wskazówki do dalszej podróży. Do dalszej drogi w głąb Peru.

 

Im dalej w las, też w nim jestem. Mogę pokazać alternatywę. Inny obraz tego, o czym mówią przewodniki turystyczne i plany turysty. Nie dlatego, żeby postępować tak, jak powiem. Ale dlatego, żeby mieć wybór. Na przykład między spaniem w hotelach, spaniem w hostelach, spaniem w gospodach i spaniem w domach moich peruwiańskich przyjaciół. W moim również.

 

Przyjedź do Peru. Ja tu jestem. Chcę Ci opowiedzieć o tym kraju tak, jak mówi to moje serce. Tak, jak podpowiada mój rozum. Chcę pokazać Ci Peru w moich oczach. Po to, byś Ty mógł otworzyć szerzej swoje.

 

I zdumieć się. Nad swoim snem.


Od tego wszystko się zaczyna. Od zdumienia.

 

To otwiera ciężką bramę, ale lekko, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Bramę do poznania siebie. Do inności, którą jest każdy z nas.

 

Kontakt ze mną:

malachowski@hotmail.com


Podziel się
oceń
0
0