Bloog Wirtualna Polska
Są 1 267 822 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1994225
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2782 dni

Jak zostać kolegą klowna

piątek, 31 grudnia 2010 5:20


Będzie o biedzie. Ale na wesoło. Bo w każdej, nawet najczarniejszej sprawie, są jasne punkty.


W temacie biednych dzieci myśli krążą zazwyczaj wokół wychudzonych postaci, które nie mają co jeść i chodzą w łachmanach. Taki bywa ogólny obraz biedy. Życie jest jednak bardziej konkretne.

 

 W slumsach na Arenal Alto w Limie żyje szóstka dzieci, których ojciec jest zarazem ich pracodawcą. Każdego dnia, nie wyłączając niedziel i świąt, mali pracownicy leniwego ojca wychodzą z domu do pracy. Sprzedają cukierki na ulicy. Gdy sprzedadzą za mało, po powrocie do domu tatuś wyciąga sznur i leje gdzie popadnie.


To akurat nie jest śmieszne, ale można zażartować, że dzieci są bite, bo cukierki były za słodkie.

 

W tych samych slumsach żyje też kilkuletni chłopiec, który został zgwałcony przez mężczyznę. Ustalenie sprawcy nie byłoby pewnie trudne. Tyle tylko, że chłopiec nie chce nic powiedzieć. Boi się. Nie odpowiada na żadne pytania dotyczące tego, co się stało.


Na Arenal Alto jest również dziewczynka, która mieszka ze swoją mamą i jej facetem. Obie są z nim w ciąży.


Jeśli dołożymy do tego lepianki, w których toczy się życie mieszkańców slumsów, będziemy mieli konkretny obraz biedy.

 

 Wiem, miało być na wesoło. Jak z tego wybrnę teraz? Nie mam zielonego pojęcia.


Może tak, że w życiu człowieka piękne wcale nie są tylko chwile. Bo każde, nawet najkrótsze piękno, zostawia w nas ślad. A on nie znika nigdy.


Pamiętamy wszystkie piękne chwile. O złych chcemy zapomnieć. I czasami to się udaje.


Przełożenie tego na życie dzieciaków ze slumsów jest trudne. Cholernie trudne. Ale możliwe. Trzeba tylko do tych slumsów pójść i te piękne chwile stworzyć.


W świąteczno-noworocznym czasie okazją do tego są Mikołajki. W Peru nazywają się one Czokolatadą (Chocolatada), a to dlatego, że głównym punktem programu jest posiłek - ciepła czekolada, którą popija się paneton – słodkie ciasto z suszonymi owocami.

 

 W Peru, podczas Chocolatady do dzieci przychodzi klown i jego kolega Barni. Mikołaj nie, bo Mikołaj przybywa tylko do dzieci w bogatych, zimnych krajach na północy. Dokładnie tak, jak opowiadają to baśnie – na saniach zaprzężonych w renifery.


W Peru to niemożliwie, bo w Boże Narodzenie zaczyna się tu lato. Ale wszystkie piękne chwile wcale nie muszą być dokładnie takie jak w baśniach. Mikołaj może przecież przyjść do dzieci na piechotę.


Zrobiłem to. Ubrałem się w czerwony strój, dokleiłem białą brodę i dokolegowałem do klowna i Barniego.


Kiedy ostatni raz byłem w Peru Mikołajem, o mały włos zostałem zdemaskowany. Przez klapki. Było tak gorąco, że nie widziałem innego wyjścia i założyłem je. Widział ktoś Mikołaja w klapkach? Na Arenal Alto tak. Ale teraz tego błędu już nie popełniłem. Przed wyjściem do dzieci założyłem skarpety i porządne, zimowe buty.


Dzieciaki oniemiały. Kiedy zobaczyły mnie w butach, zapadła długa cisza. A ich otworzone buzie świadczyły, że uwierzyły. Uwierzyły, że przyszedł do nich prawdziwy Papa Nuel – tak w Peru nazywa się obywatel Mikołaj.

 

 Pod ubraniem miałem tylko gacie i plecak imitujący brzuch, ale i tak ugotowałem się. Najpierw z powodu upału, a później, gdy zapadł już zmrok, z powodu zabawy na całego.


Gdzieś w połowie imprezy podszedł do mnie mały Javier i zapytał, dlaczego jestem taki chudy.


Niektórzy ludzie są grubi, inni chudzi – to akurat nie jest ważne w życiu. Ale wtedy taka odpowiedź absolutnie nie wchodziła w grę. Był to bowiem jedyny moment, w którym autentyczność Mikołaja została zagrożona.

 

Tym bardziej, że do Javiera dołączyły inne dzieci i czekały z niecierpliwością na to, co powiem.

 

Czasu na zastanowienie się nie było wiele, ale na szczęście przypomniałem sobie, że geografia nie jest mocną stroną dzieciaków. Nie zajarzyły wcześniej, że Polonia to nie to samo co Laponia. Pewnie więc nie zajarzą niczego, jeśli powiem coś więcej o Polsce.

 

 - Jestem taki chudy, bo w moim kraju nie ma zbyt wiele jedzenia – wyjaśniłem.

 

Znów zapadła cisza. Przerwał ją Javier:

 

- To zostań z nami. U nas jest dużo jedzenia. Wystarczy dla ciebie.


Tak to mniej więcej wyglądało. Tworzenie pięknych chwil. Nie tylko przez tych, którzy przyszli je tworzyć. Ale także tych, dla których piękne chwile miały być tworzone.


Wracając do biedy, można zapytać: po co? Po co to wszystko robić, skoro przecież te dzieci i tak wrócą do swojej biedy? Nic, nawet wizyta stu Mikołajów, nie zmieni ich codziennego życia.

 

 To prawda. Po imprezie każdy poszedł w swoją stronę. Ja do swojego domu. Dzieci do swoich slumsów. W tym sensie nic się nie zmieniło.


Ale został ślad. Nie wiem czy w dzieciach. Pewnie tak, jeśli uznać, że ślad pięknych chwil jest wprost proporcjonalny do wielkości uśmiechu wywołanego przez te chwile.


U mnie to dużo prostsze. Wróciłem do siebie nie ze śladem ukrytym w uśmiechu, lecz z głęboką doliną w sercu. Jeśli spotka mnie coś złego, sięgnę po nią, by przypomnieć sobie, że w życiu piękne są nie tylko chwile.


Zobacz Czokolatadę 2010 na Arenal Alto w Limie:



Podziel się
oceń
0
0