Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 820 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1994219
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2782 dni

2011. Rok, w którym spotkałem człowieka

piątek, 30 grudnia 2011 19:16

 

Z kubkiem kawy w ręku próbuję ogarnąć mijający rok. Kawa pyszna, zadanie trudne. Chyba żeby podsumować najprościej: gdybym był człowiekiem nieszczęśliwym, ostatnie dwanaście miesięcy zrobiłyby ze mną porządek.

 

A tu masz ci los! Nie dość, że 2011 rok zacząłem jako najszczęśliwszy człowiek w moim życiu, to na dodatek u jego schyłku nazbierało się tyle pozytywnych spraw, że można nimi obdzielić wielką grupę ludzi nieszczęśliwych. Naprawdę tak myślę.

 

Jest tylko pewien problem. Nikt nie jest w stanie nikogo uszczęśliwić. A nawet gdy to zrobi, będzie to dzieło nietrwałe. Rozsypie się przy pierwszym życiowym nieszczęściu.

 

Na tym świecie jest tylko jedna osoba, która może zapewnić człowiekowi trwałe, niczym nie zmącone szczęście. On sam.

 

Co innego czynności, które dostarczają napędu do bycia szczęśliwym. Je można, a nawet trzeba wykonywać wspólnie.

 

Życie pełne zmarnowanych szans

 

Już nie jestem w stanie zliczyć osób, które poznałem w tym roku, czasami tylko drogą internetową, niestety. Przestałem się w tym orientować, gdy ich liczba przekroczyła setkę. Ale przecież to nie o ilość chodzi. Nawet w tłumie można być wyjątkowym. A właściwie na odwrót. To tłum powinien czuć się wyjątkowo, gdy napotyka na człowieka.


A napotyka. Każdego dnia. Każdej minuty. Tych okazji jest tysiące. I prawie wszystkie ów tłum marnuje.

 

To tyle jeśli chodzi o sprawy globalne. Z tych bliższych koszuli spieszę zapewnić, że nie dolewałem niczego do kawy. A nawet gdybym dolewał, nie zmieni to faktu, że tak po prostu jest.

 

Wracając do podsumowania mijającego roku, to ja rzeczywiście spotkałem człowieka. Tylko o jednego mi chodziło i wierzę, że zawsze będzie chodzić. W nagrodę dostałem bonusa. Ludzi. Z krwi i kości ludzi, którzy człowieka zobaczyli także we mnie.

 

W ten sposób powstał tłum, który swojej okazji nie zmarnował.

 

Równie dobrze mogła to być Mongolia, czy Koluszki, ale operowaliśmy w Peru. Razem wysłaliśmy głuchoniemego chłopca ze slumsów do szkoły. Wybudowaliśmy dom dla kobiety, która przez jego brak straciła kontakt z większością swych dzieci. Otworzyliśmy kino w dzielnicy biedy dla dziesiątek osób. Znaleźliśmy dwie dziewczynki, które ukrywały coś niezwykle cennego – swe plastyczne talenty. Ogrzaliśmy chaty zamieszkałe przez pół setki Indian. Zrobiliśmy też namiastkę Świąt Bożego Narodzenia dla prawie pół tysiąca dzieciaków w miejscu, w którym nie ma szans nawet na jedną choinkę.


Tak z ręką na sercu: wiedząc o tym wszystkim jak nie być szczęśliwym? Toż to nawet nie przystoi być nieszczęśliwym. I dokładnie to miałem na myśli twierdząc, że mijający rok ma wszelkie predyspozycje ku temu, by zrobić z człowiekiem porządek.

 

Nie wszystko zostało stracone

 

Porządek musi być także w papierach. W ostatnich dwunastu miesiącach docierały do mnie pieniądze. Z różnych stron Polski i świata. W różnych walutach. Po przeliczeniu na tę peruwiańską, która jest niemal równowartością polskiego złotego, ale nazywa się słońcem, okazało się, że mam do czynienia z kwotą 23688 soli. 

 

Wydałem je w slumsach w Limie na: edukację i życie Brayana (4570 soli), Julię i jej sprawy (4650 soli), kino i konkurs plastyczny (294 sole), imprezę mikołajkową (3196 soli) oraz na ocieplenie wiejskich chat nad Jeziorem Titicaca (7352 sole).

 

Łatwo policzyć, że nie przepuściłem wszystkiego. Jak to możliwe? Nie potrzebowałem na czynsz za lokal, bo go nie mam. Nie zapłaciłem ani jednego rachunku telefonicznego, bo gdy trzeba było dzwoniłem za swoje z budki. Kosztów nie było także poza Limą. W Andach, gdzie montowaliśmy ogrzewanie słoneczne, spaliśmy za darmo w lokalu udostępnionym przez miejscowego wójta i jedliśmy za darmo w miejscowym punkcie gastronomicznym. Niech żyje inkaski krupnik po prostu! A mówiąc dokładniej – niech żyje ludzka życzliwość.

 

To jednak nie wszystko, jeśli chodzi o finanse. Nie wiem jak to powiedzieć, więc powiem prosto z mostu. Pieniędzy zostało dużo więcej niż to wynika po odjęciu wydatków.

 

Do wspólnej kasy dołożyłem się bowiem i ja. Tym, co zarobiłem z publikacji artykułów o Peru w polskiej prasie i nagrodami finansowymi, które ktoś tam gdzieś mi za nie przyznał. Do tego dorzuciłem dolary, które przekazali mi uczestnicy prowadzonej przeze mnie grudniowej wycieczki po kraju Inków. Wszystko to razem dało kwotę 5346 soli.

 

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

Tyle mamy na progu 2012 roku. To kolejny powód, by być szczęśliwym, a nie narzekać na przykład na brak pieniędzy.

 

Oczywiście szczęścia one nie dają. Poza tym w nadchodzącym, ani żadnym innym roku świata nimi nie ulepszymy. Ale możemy sprawić, że ten wokół będzie inny.

 

To możliwe. A właściwie pewne. Świat jest inny, gdy tworzy go człowiek z człowiekiem. Jest również pełen szczęścia. Wystarczy tylko po nie sięgnąć.

 

Czego wszystkim, bez wyjątku, życzę.

 


Podziel się
oceń
0
0