Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 783 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1954044
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2692 dni

Dużo o Peru. Na stronie o Peru

sobota, 31 marca 2012 18:01


Pływające wyspy na Jeziorze Titicaca i indiańskie sanktuarium u stóp lodowca w Andach to główne tematy nadchodzącego Wielkiego Tygodnia na Kochamy Peru.


W ostatnich dniach sporo pisałem. Część z tego można już lub będzie można przeczytać na wortalu Kochamy Peru. Zapraszam do lektury!


WYSPY UROS. ZOBACZYĆ TO, CO UMRZE 

 

- To komercja - mówią ci, którzy byli. A ci, którzy nie byli, powtarzają, że zbudowane z trzciny totora wyspy na Titicaca - najwyżej położonym jeziorze żeglownym na świecie - to już nie żelazny punkt wycieczki po Peru. Tylko jakaś farsa. Najlepiej omijać ją szerokim łukiem.


W opinii wielu położone na wysokości prawie czterech tysięcy metrów nad poziomem morza wyspy Uros przestały być autochtonicznym miejscem życia Indian, a stały się wystawioną na sprzedaż maskaradą, z której miejscowi, niekoniecznie zamieszkujący te wyspy, czerpią zyski.


Jestem trochę w niezręcznej sytuacji, bo na Uros mam kumpli. Postaram się jednak jak najbardziej obiektywnie wyjaśnić całą sytuację.


Jeśli ktoś zapyta mnie, a chętni na wycieczkę po Peru pytają, czy warto odwiedzić wyspy Uros, odpowiadam: tak. Zysków jest bowiem dużo więcej niż strat. Ale nie tylko dlatego.


Niechęć do odwiedzenia wysp bierze się prawdopodobnie stąd, że turystom wydają się one drogim celem wyprawy. Nic bardziej mylnego. Wstęp na teren Los Uros kosztuje tylko pięć soli (około sześć złotych), a kolejne dziesięć trzeba wydać na podróż motorową łodzią.

 
Więcej na Kochamy Peru --->>>

 

 

 

TAM, GDZIE LODOWIEC ZAMIENIA SIĘ W WODĘ


Señor de Qoyllurit'i to nieznany turystom i znany wśród andyjskich Indian Chrystus. Czeka wysoko w górach. W sanktuarium ze złoconym ołtarzem, na którym ptaki wiją swoje gniazda. Dostałem do niego klucz.


Droga do Señora de Qoyllurit'i zaczyna się w Mahuayani. To mała osada cztery godziny jazdy na wschód od Cusco, dawnej stolicy Inków. Jest tak mała, że nie ma nawet tego, co mają inne peruwiańskie miejscowości, w których swój ślad odcisnęli konkwistadorzy. Głównego placu w kształcie kwadratu.


Przejeżdżających przez Mahuayani rejsowych autobusów z Cusco jest kilka. Ale żaden z nich nie dociera na miejsce w odpowiednim czasie. Odpowiedni czas to szósta rano. Najlepsza pora, by dojść do sanktuarium przed prażącym słońcem i wrócić zanim rozpęta się ulewa.


Nie ma zatem innego wyjścia. Trzeba w Mahuayani przenocować.


Z Cusco wyjechałem przed zmrokiem. Rozklekotanym autobusem pełnym Indian i Indianek mówiących w języku keczua. Jedna z nich śpiewała chcąc w ten sposób zarobić na przejazd. Cóż, Shakirą nie była. Zapłaciłem za jej bilet pod warunkiem, że do końca podróży nie otworzy już ust. Uśmiechnęła się i dotrzymała umowy.


Więcej w Wielkim Tygodniu na Kochamy Peru --->>>

 



Podziel się
oceń
0
0