Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 783 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1954033
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2692 dni

Jeden dzień z jednego życia

poniedziałek, 24 września 2012 4:32

 

Nad ranem wraz z dwoma mieszkającymi w Peru Polakami zatańczyłem w rytm „Hej, sokoły!“, potem krótka drzemka na ulicy, bo zapomniałem klucza i tak nastał kolejny dzień. Do niedawna trudno było nad tym wszystkim zapanować. Teraz jest inaczej. Kontroli nad tym, co dzieje się w moim życiu, nie mam żadnej.

 

Kiedy żyłem marzeniami, takie dni były na wagę złota. Pełne wrażeń, nieoczekiwanych zwrotów akcji i ciągnące się w nieskończoność, jakby były z gumy. Szkoda, że zdarzały się rzadko, bo uwielbiałem je. Poranny wigor i zamykające się ze zmęczenia wieczorne oczy, a w sercu nagła, niczym nie zmącona zwykła radość.

 

Teraz od takich dni nie mogę się opędzić. Często zaczynają się bardzo wcześnie. Weźmy choćby dzień mijający.

 

00.00: urodziny mieszkającego w Limie Polaka, czyli wspólne tańce przy peruwiańskim huayno, greckich pląsach i rodzimych „Sokołach“.

 

04.00: nocleg na ulicy w Limie. Tego nie da się wytłumaczyć. Wystarczy zapomnieć klucza do bramy.

 

07.00: wyjazd do domu dziecka pięćdzięsiąt kilometrów za Limę. Tego też nie da się wytłumaczyć. Wystarczy z tymi dzieciakami trochę pobyć.

 

13.00: powrót do Limy. Krótka przerwa na zorganizowanie kolejnej podróży po Peru. To jedna z tych chwil, w których marzenia można zamienić w plany.

 

14.00: wizyta w slumsach. Spotkanie z mieszkańcami zainteresowanymi przepisami kuchni polskiej. Tym razem danie prawie zupełnie w Peru nieznane - zupa pomidorowa z ryżem.

 

15.00: rozmowa z przywódcą lokalnego gangu młodzieżowego o całkowicie bezsensownej kradzieży sprzed kilku dni. Honorowo, jak przed wojną w Polsce, zobowiązał się zwrócić łup.

 

15.30: wejście na „Machu Picchu południowej Limy“. To najwyższe wzniesienie w tej części stolicy Peru niemal całkowicie pokryte nowymi slumsami. 

 

16.00: wizyta w przypadkowym domu. Do tej pory myślałem, że mam limeńską biedę w małym paluszku. Teraz mogę się tym paluszkiem puknąć w głowę. 

 

17.00: odwiedziny mieszkającej w slumsach poparzonej dziewczynki i jej rodziny. Szczęściarz ze mnie, bo znów trafiam na urodziny. Tańców jednak nie ma. Przekładamy je na dzień, w którym mała pacjentka wyzdrowieje.

 

18.00: wizyta w domu zamieszkanym przez siedmioro dzieci, z których czwórka śpi na gołej ziemi, choć w przeciwieństwie do mnie o kluczach pamiętają. Mam dla nich dwie nowiny. Pierwsza jest taka, że Bóg ich kocha. Po drugie mają posprzątać trochę wokół siebie, bo za dwa dni dostaną piętrowe łóżko.

 

19.00: pisanie artykułu o Peru do jednej z gazet w Polsce. Pechowe to pisanie, bo tekstu nie udało się skończyć.

 

20.00: spotkanie z głuchoniemym chłopcem ze slumsów i jego mamą. Ja zawsze spadam na cztery łapy. Tym razem spadam i słucham o jego postępach w szkole i planach na dalszą przyszłość.

 

Tak to mniej więcej wygląda. Niemal dzień w dzień. Ani chwili na nudę. A przy tym serce cały czas to samo. Przepełnione radością. Zmieniają się tylko obrazy.

 

Kontroli nad tym nie ma żadnej. Zostaje tylko korzystać z tego, co jest. Słowem -  z życia. Zbyt intensywnie? Wręcz przeciwnie. Zdaje się, że mam je tylko jedno. 

 



Podziel się
oceń
0
0