Bloog Wirtualna Polska
Są 1 253 783 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Krótko o mnie

Urodziłem się w Polsce. Umrzeć chcę w Peru. Cała reszta jest podróżą. Kontakt ze mną: malachowski@hotmail.com

Statystyki

Odwiedziny: 1954055
Wpisy
  • liczba: 584
  • komentarze: 2247
Bloog istnieje od: 2692 dni

Sprawka Polaka: chiński pogrom inkaskiego ziemniaka

środa, 20 kwietnia 2011 15:27

 

Konia z rzędem temu, kto wie, dlaczego w Peru, królestwie ziemniaka, je się więcej ryżu niż kartofli?

 

Koń jaki jest, wiem. Ale nie mam pojęcia o koniu z rzędem. Dlatego nawet gdyby znalazł się ktoś, kto zna odpowiedź na pytanie o ziemniaki, ewentualną nagrodą mógłby być co najwyżej sam koń. Bez rzędu. A najlepiej osiołek, bo one najwięcej zasuwają na wykopkach w Andach.

 


Ale do rzeczy. To, że w Peru, w którym istnieje bank ziemniaczanych genów, a w nim ponad dziesięć tysięcy odmian kartofla, je się kopy ryżu, jest zrozumiałe. W kraju Inków mieszka mianowicie dużo Chińczyków. A jeśli dodamy do tego, że to sprawka Polaka, wszystko staje się łatwe do ogarnięcia.


Otóż w drugiej połowie XIX wieku w młodym państwie peruwiańskim brakowało rąk do pracy. Konkretnie do pracy na kolei transandyjskiej, którą budował polski inżynier Ernest Malinowski. Ziemniak ziemniakiem, ale sorry Winnetou, liczy się efekt za jak najmniejsze pieniądze. Ściągnięto więc posiłki z Chin.

 

Co musi zrobić w życiu każdy mężczyzna? Podobno posadzić drzewo, spłodzić dziecko i zbudować dom. Natomiast Chińczyk musi zrobić komputer, wyprodukować adidasy i uszyć spodnie. Jeśli to prawda, warto pamiętać, że latynoskim pionierem w tej dziedzinie był nasz rodak. Już prawie sto pięćdziesiąt lat temu wpadł na to, że nie zaszkodzi zatrudnić obywateli Kraju Środka, by pchnąć sprawy naprzód.

 

W Peru pchnięto w ten sposób kolej przez Andy, przez ponad wiek najwyżej położoną żelazną trasę na świecie. Rekord ten padł dopiero w 2005 roku, kiedy w Chinach uruchomiono jeszcze wyżej położoną linię kolejową. Można więc powiedzieć, że Chińczycy pokonali samych siebie. Zważywszy na to, że pokonanie ich przez kogoś innego jest już niemożliwe, nie powinno to nikogo dziwić.


Z tym komputerem, adidasami i spodniami to był oczywiście żart, bo Chińczycy jak najbardziej płodzą dzieci i budują domy. Zwłaszcza to pierwsze wychodzi im świetnie.


Jak powszechnie wiadomo w Chinach można mieć legalnie tylko jedno dziecko. Taki wzorzec rodziny. Ale nawet w tak wzorcowym kraju ktoś walnął prawnego byka. A to dlatego, że przepis ten nie dotyczy chińskich dzieci urodzonych poza granicami kraju.

 

Mówią tak moi chińscy sąsiedzi w Limie. Mają tutaj kilka restauracji, w których sprzedają ryż na tysiąc sposobów, więc pracują do późna w nocy. Zanim położą się spać, jest już ranek. I tak siedem dni w tygodniu.


Biorąc pod uwagę fakt, że kładą się do łóżka w dzień, można wysnuć mocną w argumenty tezę, że peruwiańskie słońce wybitnie służy prokreacji. Chińczycy z parteru w szybkim tempie doczekali się bowiem trójki dzieci. Wszystkie wywieźli do Chin.

 

Takie rozwiązanie jest może męczące, ale nie koliduje z chińskim modelem rodziny dwa plus jeden.

 

Dobra, ale gdzie te ziemniaki? No właśnie, gdzie?

 

Dzisiejsze Peru to ich kolebka. Pojawiły się w środkowych Andach, na terenie dawnego państwa Inków. Od tego czasu tak się rozmnożyły, nie chcę powiedzieć, że jak Chińczycy, ale coś w ten deseń, że gdzie jak gdzie, ale w Peru powinny być dostępne na każdym kroku. I faktycznie są, ale przegrywają z ryżem. Chińczycy umiejętnie i skutecznie wkomponowali go w peruwiańską kuchnię. Przy zadziwiającej akceptacji miejscowych.

 

Skończyło się tym, że w Peru ziemniaka owszem, można dostać, ale nie zawsze. Natomiast ryż jak najbardziej. Jego powszechność na peruwiańskim talerzu odpowiada zawartości azotu w powietrzu.


To nieco smutna historia, zwłaszcza dla wielbiciela ziemniaków, którym jestem. W drodze do Peru moje wyobrażenia na ich temat były zupełnie inne. Myślałem, że od ziemniaków nie odgonię się. I vice versa. A tu masz babo placek. Znaczy się ryż.


W każdej historii, także smutnej, jest jednak pozytyw. W tej nie ma on nazwy, tylko wielkie gały. Oczy mogą wyjść na wierzch, gdy trafi się na moment, w którym na peruwiańskie stoły lądują w końcu te ziemniaki. Przy czym nie ma w ogóle znaczenia, że oczy te należą do kogoś, kto wie co nieco o wielkopolskiej Pyrlandii.


O żołądku nie wspomnę. Uczta to mało powiedziane. Prędzej królewski dzień. Tak jak na królestwo ziemniaka przystało.


Warto zobaczyć:


Barrio Chino, czyli Chińska Dzielnica w Limie

 

W Peru ziemniaka bardziej się adoruje, niż je


Podziel się
oceń
0
0